Docenić czas -2017

Sylwester spędzany w pustym domu, w ciepłym łóżku, z kapuczinkiem sprzyja refleksjom. Chociaż ostatnimi czasy to każda chwila ciszy sprzyja moim refleksjom. Dużo myślę. Błąd lub błogosławieństwo. Nie wiem. Ale jako, że miejsce w którym ten wpis się znajduje jest jednym z osiągnięć 2017 roku to postanowiłam trochę tu powspominać. Albo raczej docenić. Docenić rok 2017. Docenić to, że trwał. Docenić jego czas.

Nie mam pojęcia od czego zacząć… To był burzliwy rok. Rok zmian. Rok strachu. Rok niepewności. Chociaż wcale się tak nie zapowiadał.

Styczeń. Dobry czas.

Już wtedy próbowałam się odnaleźć, dowiedzieć co mnie definiuje, co określa i zapewnia pod stopami grunt. Kończyłam liceum, edukację, etap w życiu, który był tym naturalnym i normalnym. Jeszcze w 2016 zaczęła się moja walka z matematyką. Która trwała do maja. Bardzo niewyrównana walka. Bo każdy to wie, nienawidzę matematyki, z wzajemnością. Ale dałam radę.. i to jest mój sukces (choć nie zawdzięczam go tylko sobie). W tej chwili jestem z siebie dumna. Bo mimo faktu, że każda moja próba rozwiązywania zadań kończyła się płaczem, wulgaryzmami  i podartymi kartkami to.. dałam radę. Naprawdę tą matmę zdałam. Dzięki niemu i Bogu.

Luty. Czas ciepła.

Mimo, że za oknem świat był przykryty śniegiem to miesiąc ten kojarzy mi się bardzo przyjemnie. Studniówka i wszystko to, co przed nią i po niej.. ukształtowało mnie. Zmieniło myślenie. A w Walentynki byliśmy na “La la land”. I wtedy życie było tak kolorowe jak stroje bohaterów i tak beztroskie jak hollywood’skie słońce.

Marzec. Czas trwania.

Nie działo się nic. I w tym spokoju było piękno. Albo to była cisza przed burzą.

Kwiecień. Najwyższy czas.

Skończyłam liceum. Zaczął się czas czekania. Czas czekania na to co się wydarzy. Ale razem ze szkołą musiałam pożegnać tych, którzy sprawiali, że z chęcią do niej chodziłam. A to było trudne. Dzisiaj stwierdzam, że ta nasza wspólna podróż wcale się nie skończyła, wędrujemy nadal, tylko w innych kierunkach.

Maj. Czas matur.

O tym miesiącu się nie mówi. Bo to mieszanka emocji. Od strachu, przez stres do obojętności. Żeby tylko być po ustnych. Powiem tak, nie ma się czego bać.

Czerwiec. Czas podejmowania decyzji.

Pierwsze pomysły na przyszłość. Musiałam wybrać co chcę robić w życiu. Musiałam zdecydować co lubię robić, czego chcę się dalej uczyć. To dopiero było trudne. Bo miałam wrażenie, że ja przecież w niczym nie jestem dobra (nadal trochę tak uważam). Ale zanim studia.. wakacje. A zanim wakacje.. COM. Centralna Oaza Matka, która była moją porażką. Nie przyjęłam krzyża animatorskiego. Nawet nie wykazałam chęci żeby go przyjąć. Przyszedł czas żeby wziąć to na serio. A ja nie potrafiłam. Nie byłam gotowa. Mimo, że ogromnie chcę żeby ten krzyż wisiał na mojej szyi to wiem, że do Animatora dużo mi jeszcze brakuje. Bardzo dużo. Dlatego spróbuję w 2018. Oby.

Lipiec. Dziwny czas.

Wakacje zaczęłam od posługi, która zawsze wymiata kurz z serca, uczy pokory i odpowiedzialności. Te dwa tygodnie dały mi dużo do myślenia. Zarówno pod względem niesamowitości Franciszka Blachnickiego jak i mojej potrzeby wspólnoty i służby. Po maturze aż do końca sierpnia trwał dziwny czas. Całymi dniami zaszywałam się sama w pokoju, spałam do 10:00, jadłam, piłam mrożoną kawę i oglądałam House’a, odcinek po odcinku, sezon po sezonie i szłam spać koło 2:00 czasem 4:00 rano. Dziwny czas. Nic mnie wtedy nie ruszało z łóżka. Wegetowałam. Dlatego oprócz pomalowania piwnicy przez te miesiące po maturze nie zrobiłam kompletnie nic. Teraz żałuję.

Sierpień. Czas nad morzem.

Pięć dni, dwa w podróży, trzy w Trójmieście. Wtedy się zakochałam. Zakochałam się w tej ciszy i spokoju jaki daje morze. Kiedy siedzisz na pustej plaży a jedyne co widzisz i słyszysz to fale i ich szum. Chcę tam wrócić. Chcę mieć w sercu tą ciszę, której tam prawdziwie doświadczyłam. Zakochałam się też w Gdańsku. To jedno z moich ulubionych miast. Serio.. urzekły mnie te kolorowe i ceglane kamienice.. ta statyczność. identyczność. Chcę tam wrócić. Znów wielkie zasługi ma on.

Wrzesień. Czas miłości.

Kiedy prawdziwe i autentyczne uczucie uosabia się na twoich oczach. Jestem świadkiem czegoś co tylko oni rozumieją. Patrzę na nich i widzę jak scalają się by stworzyć jedno. Mój brat ma żonę, a ja przyjaciółkę o takim samym nazwisku. Jeśli to czytają, całuję Ich mocno.

Październik. Czas próby.

Spacerowałam po brzegu i nagle wpadłam na głęboką wodę. Zaczęły się studia. Loesje twierdzi, że “humaniści to być może najwięksi ryzykanci naszych czasów”. Ale zdecydowałam się i mam to co chciałam. Filologia polska. Specjalność nauczycielska. Mimo, że nie przestawiłam się jeszcze na tryb “nauka” to czuję, że to moje miejsce. Miejsce, w którym będę się rozwijać i może nawet spełniać.. Ze studiami łączy się Kraków a z Krakowem mieszkanie poza domem. Jeśli ktoś mnie trochę zna to wie, że nie lubię zmian. Boję się ich. Boję się braku kontroli, nieprzewidywalnego, nowego, innego. Bałam się i tym razem. Nie wiedziałam jak taka mała Ola poradzi sobie w takim wielkim mieście. Jakoś mnie Krakówek w sobie rozkochał i mimo autobusu 503, z którym się nie lubimy, to żyje mi się tu całkiem całkiem. I tu podziękowania należą się  nieprzypadkowym współlokatorom, bez których nie byłoby tak łatwo. Umiem już nawet zrobić szybką zupę z przecieru 😀 więc jakoś w tą samodzielność wkroczyłam.

Listopad. Czas bólu.

Kolejne zmiany. Burze. Huragany. Klęski żywiołowe. Nie żałuję podjęcia decyzji, tylko tego w jaki sposób ją podjęłam. Nigdy nikomu nie chciałam zadawać bólu, sobie też nie. Nigdy też aż tak nie przewartościowałam swojego życia. Nie wyznaczałam granic. Ja- świat. I coś pękło. Krusząc się na kawałeczki. A ja nawet nie chciałam ich zbierać. I tak leżą, w dwóch miejscach. Bezradność.

Grudzień. Czas niepewności.

Układanie siebie na nowo. Mnóstwo niedopowiedzeń. Niejasności. Pustki.  I na różne sposoby próbowałam je wypełnić. Lepiej lub gorzej. Zapisałam się na lekcje śpiewu, to najlepsze co mogę teraz dla siebie zrobić, dla siebie i swojego rozwoju. Zaczęłam więcej pisać, więcej i chyba lepiej, a to najnajlepsze co mogę dla siebie zrobić. Wróciłam do domu, do ciepła, do rodziny i jest łatwiej. Święta, może nie idealne ale wciąż pełne magii. I ostatnie dni. Moje dni. Kiedy jestem sama ze sobą (czasem w towarzystwie House’a) 😀

 

I znów jesteśmy w pustym domu, w ciepłym łóżku, ale już bez kapuczinka, bo wypiłam je jakieś dwie godziny temu. Za godzinę przyjdzie nowy rok. A ja wciąż żyję obecnym. Chciałam w tym wpisie docenić jak wiele mi dało te 12 miesięcy ale wyszło chyba trochę smutno.. No cóż. Jedyne czego pragnę od 2018 roku to tego aby tak nie pędził.. żebym się znowu nie wywróciła.

I muszę napisać coś jeszcze. Zanim zaczniemy wszyscy postanawiać sobie milion rzeczy, które chcemy osiągnąć. Spisałam sobie dzisiaj listę “co zamierzam w 2018 roku” bo znam siebie i wiem, że z postanowieniami u mnie słabo. Dlatego zamierzam a nie postanawiam. Co z tego będzie zobaczymy. Jednak mam jeden cel.

Mój cel na 2018 rok- bardziej ufać.

Nie ludziom, nie sobie. Bogu.

Bo to On rządzi czasem.

 

 

 

Dziękuję, że dotrwaliście do końca. Życzę Wam, aby ten nadchodzący rok był taki, jaki ma być, niech się dzieje, co ma się dziać. A Wy stawiajcie temu czoła. Dacie radę!

Zachęcam do zostawiania komentarzy.. 🙂 jaki jest Twój cel na 2018 rok?

 

Opublikowany w Blog

6 myśli na temat “Docenić czas -2017

  1. Ola, wyszło smutnie, ale prawdziwie. Najautentyczniej. Dziękuję Ci za odwagę w odsłanianiu swoich uczuć, która uczy mnie jak powinnam to robić ja sama.

Dodaj komentarz